Jak się miewa i jak wygląda polskie rolnictwo ekologiczne na tle innych krajów?


Jak się miewa i jak wygląda polskie rolnictwo ekologiczne na tle innych krajów?

Rozmowa z dr Rutą Śpiewak z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk przeprowadzona przed wakacjami w maju 2018 roku przez Katarzynę Ratajczyk (BioBazar)

KR: – Bada Pani sytuację produkcji żywności ekologicznej od lat. Czy jej stan się poprawia?

R.Ś. – Mam mieszane uczucia. Zajmuję się tym tematem od lat, czytam badania i muszę powiedzieć, że wydaje się, że nie. Spadła liczba producentów ekologicznej żywności, nieznacznie, ale spadła. W porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej, nawet tzw. krajami „nowymi”. Jeśli chodzi o ilość produkowanej żywności na rynek oraz przetwórni w przeliczeniu na liczbę producentów  rozwijamy się wolniej.

Z drugiej strony, jako świadoma konsumentka i członkini kooperatywy, a przede wszystkim  dzięki badaniom i bezpośrednim kontaktom z rolnikami ekologicznymi widzę, że jednak coś się zmienia na lepsze, bo chociażby dostęp do żywności ekologicznej jest coraz łatwiejszy. Ci rolnicy stanowią zresztą ciekawą świata i bardzo sympatyczną grupę osób. Trzeba ogólnie przyznać, że rynek się kształtuje.

Widzę to także w kooperatywie na liście produktów, bo pojawia się na niej coraz więcej  oznaczonych zielonym listkiem certyfikacji. Mieliśmy wcześniej problem ze znalezieniem pewnego to znaczy regularnego dostawcy mięsa ekologicznego, ale w końcu udało się!

Do pełnego obrazu trzeba też dodać, że produkt ekologiczny dostępny masowo czyli w supermarketach pochodzi głównie spoza Polski.

Podsumowując, idzie ku dobremu, ale idzie tak wolno, że istnieje obawa, że za chwilę zaczniemy się cofać. W porównaniu z dynamiką rozwoju rolnictwa ekologicznego na świecie, w tym w Unii Europejskiej, w Polsce zmiany idą zdecydowanie za wolno. Problemy instytucjonalne i systemowe, z jakimi muszą się mierzyć producenci, przetwórcy i konsumenci są czasami zadziwiające, jak m.in. niewielka liczba przetwórni ekologicznych w przeliczeniu na producentów.
Ten udział w innych krajach Unii Europejskiej, i nie tylko, jest znacznie większy niż u nas.

Dużo większy?

Jak już powiedziałam, trzeba uczciwie przyznać, że rynek się tworzy. Wydaje się, że w ciągu ostatnich 5 lat świadomość konsumentów wzrosła i potrzeba kupowania żywności ekologicznej również. Świadomość rośnie, a także społeczeństwo staje się zamożniejsze. I o tym świadczy też to, że w sklepach Lidl czy Biedronka jest stały dostęp do produktów ekologicznych i ich wybór coraz większy.

Tu można zobaczyć, jak to wygląda w Europie: https://www.ifoameu.org/sites/default/files/ifoameu_organic_in_europe_2016.pdf

Jednak w Lidlu są to głównie produkty niemieckie, a jak jest w Biedronce?

– W Biedronce świeże są z Hiszpanii, a jeśli chodzi o przetwory zaczęły pojawiać się polskie. Sama kupuję tam ekologiczny groszek w słoiku. Trzeba pamiętać, że w dużym stopniu to konsument wpływa na rozwój rolnictwa ekologicznego, bo to on wybiera produkty w sklepie. Ale duże firmy jak np. sieci handlowe są w stanie stosunkowo łatwo transportować asortyment z innych krajów odpowiadając na potrzeby konsumentów i tym samym eliminują polskich rolników, a także tych nielicznych przetwórców ekologicznych. Oni z kolei mierzą się na co dzień z ogólną niemożnością dotyczącą m.in. kwestii szybko zmieniających się regulacji prawnych związanych z dopłatami do upraw ekologicznych. To jeden przykład, a tych problemów tak naprawdę jest dużo więcej.

Dzięki badaniom poznałam wielu rolników ekologicznych osobiście i kiedy do nich wracam, słyszę, że od lat część problemów nie tylko nie została rozwiązana, ale nawet sytuacja się pogorszyła. Martwi mnie to też jako konsumentkę, nie tylko jako badacza.

Wszyscy w oficjalnych wypowiedziach zgadzają się, że ekologiczne rolnictwo jest ważne i potrzebne, ale nie idą za tym praktycznie żadne działania. Minister rolnictwa mówi „tak” i minister zdrowia mówi „tak”, ale jak przychodzi co do czego, nie ma potrzebnych zmian, nie ma współpracy…

W których badaniach na temat rolnictwa ekologicznego brała Pani udział osobiście?

To były trzy kolejne badania i mogę od razu podać do nich linki:

Rolnictwo ekologiczne a rozwój lokalny –

http://www.irwirpan.waw.pl/397/badania/rolnictwo-ekologiczne-czynnikiem-rozwoju-lokalnego-analiza-wybranych-przypadkow

Rolnictwo ekologiczne a samorządy –

http://www.irwirpan.waw.pl/472/badania/prorozwojowe-wykorzystanie-rolnictwa-ekologicznego-w-polityce-i-dzialaniach-samorzadow-lokalnych-analiza-wybranych-przypadkow

Szanse i bariery dla rozwoju rolnictwa ekologicznego –

http://www.irwirpan.waw.pl/563/badania/marketing-promocja-oraz-analiza-rynku-analiza-rynku-produkcji-ekologicznej-w-polsce-w-tym-okreslenie-szans-i-barier-dla-rozwoju-tego-sektora-produkcji-system-transferu-wiedzy-w-rolnictwie-ekologicznym-okreslenie-barier-rozwoju-rynku

 

W tym roku mieliśmy realizować kolejną część, uzupełniającą to, co do tej pory zostało zrobione. Niestety, tym razem nie otrzymaliśmy na nie środków. Z tego, co wiem, żadne badanie społeczno-ekonomiczne nie dostało w tym roku dofinansowania. Od pięciu czy sześciu lat minister rolnictwa ogłasza raz na rok konkurs na badanie w zakresie rolnictwa ekologicznego, z czego, według mnie słusznie, większość pieniędzy szła na badania agrotechniczne, zoologiczne lub gleby, a jakiś procent był przeznaczony na badania społeczno-ekonomiczne, a w tym roku nie przyznano żadnych dotacji na te ostatnie.

 

Wcześniej zrobiliśmy te trzy badania i wziąwszy pod uwagę, że branża nie jest tak duża, mamy już całkiem sporą grupę badawczą. W pierwszym badaniu chcieliśmy zdiagnozować kondycję rolnictwa ekologicznego. Badaliśmy, czy przyczynia się ono tylko do produkcji żywności czy też może wpływać na rozwój społeczno-ekonomiczny całego obszaru, na którym działa. W drugim badaniu sprawdzaliśmy, jak ważną rolę odgrywa samorząd lokalny na poziomie gminnym dla rolnictwa ekologicznego? Wynik badania wskazuje na to, że takich samorządów, które rozumieją i wspierają je jest w Polsce zbyt mało. Następne zaś dotyczyło Ośrodków Doradztwa Rolniczego i badań. Jak się okazuje, rolnictwo ekologiczne jest dziedziną bardzo wiedzochłonną, a pracownicy ośrodków nie zawsze taką wiedzą dysponują albo brak im narzędzi np. pieniędzy na dojazdy do rolników. Wskazywali na ten kłopot sami rolnicy ekologiczni, którzy mówili o tym, że muszą wykonać bardzo ciężką pracę, aby zdobyć nowe informacje służące rozwojowi ich gospodarstwa. To stwarza dla nich kolejne ograniczenie.

Ogólnie wyłania się taki obraz: mimo, iż na rolnictwo ekologiczne  przeznacza się spore środki (dopłaty, pieniądze na promocję) to nie są one efektywnie wydatkowane. Rolnicy i przetwórcy ekologiczni ciężko pracują, ale z drugiej strony napotykają trudności, bo system, tak to trzeba nazwać, system rzuca im kłody pod nogi. Jest mi po prostu przykro też jako konsumentce, bo są pieniądze, ale nierozsądnie wydatkowane. Są kraje, które mają to już sprawdzone: na przykład Niemcy, gdzie jest bardzo dobrze opracowany system transferu wiedzy.

Jest Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Radomiu zajmujący się rolnictwem eko…

– Tak i robi różne rzeczy pożyteczne i ciekawe. Ale nie ma doradców lokalnie, którzy służyliby wsparciem, radą i pomocą rolnikom ekologicznym na miejscu. A zapotrzebowanie na wiedzę jest dużo większe niż w przypadku rolnictwa konwencjonalnego.

Weźmy ten przykład z dojazdem doradcy do rolnika. Wiem, że kwota przyznana miesięcznie na benzynę dla doradcy wynosiła jakieś 40 złotych. W efekcie oni głównie siedzą w biurze. Jak można być doradcą rolnika ekologicznego nie widząc gospodarstwa? Jeden doradca ma tak wielu rolników eko pod sobą, że jest w stanie zobaczyć każde gospodarstwo raz na dwa lata. A to już jest absurd! To się podobno ma wkrótce zmienić i bardzo na to liczę.

Jest bardzo dużo dobrych przykładów w krajach w naszym regionie Europy i wśród naszych sąsiadów i, nie ma się co obrażać, tylko po prostu należałoby z nich czerpać.

– Wspomniała już pani o Niemczech, a gdzie jeszcze możemy tych przykładów szukać?

– Właśnie tym mieliśmy się zająć w badaniach w tym roku i nie otrzymaliśmy na nie środków. Chodziło nam o zbadanie, jak działa system zarządzania w rolnictwie ekologicznym na poziomie krajowym, o jego podstawy formalno-prawne w innych państwach,

Ale pewna wiedza jest też dostępna bez badań. Sami rolnicy wiedzą, że na przykład Czesi mają bardzo dobrze działający rynek eko i tam państwo działa tak, aby wspierać tę branżę.

– Tak, wiemy, że Niemcy i Finlandia mają bardzo dobrze rozwinięty system kół pomocy w całym kraju dotyczących rolnictwa ekologicznego. Finowie mają plan, aby do 2020 roku 20% obszarów rolnych było ekologicznych. Niestety, wiadomo już, że ten wynik nie zostanie osiągnięty

– 20% to dużo. A ile teraz mają?

– W Finlandii dziś mają już 16%.

– Dla porównania jak to jest u nas?

– U nas niecałe 2% powierzchni rolnej jest objęta certyfikatem ekologicznym, czyli mniej niż 25 000 gospodarstw.

– W dotychczasowych badaniach na końcu jest długa lista wniosków i potem rekomendacji. Jednak chciałabym zapytać, od czego my musimy dzisiaj zacząć, aby zmieniać nasz system na lepszy?

–  Ci najlepsi rolnicy ekologiczni, ci którzy odnieśli największy sukces mówią przede wszystkim, że to nie dopłaty są najważniejsze. Dla mnie to było bardzo poruszające, bo kiedy zaczynałam pracować nad badaniami w tym sektorze, wydawało mi się, że wszystko zależy od pieniędzy. A dla części rolników ekologicznych to jest raczej miły bonus i traktują go jako pieniądze inwestycyjne, a nie pierwszą potrzebę. Nie chcę powiedzieć, że to nie jest ważne, bo jest, tylko dopłaty muszą być powiązane z produkcją.

– To wracam do pytania, co jest najważniejsze?

– Okazuje się, że rzeczy miękkie, które i dla mnie jako socjologa są bliskie, czyli okazanie dobrej woli i chęci współpracy ze strony ministerstwa i przeróżnych instytucji, od których zależy funkcjonowanie tej branży. Tak naprawdę oznacza to po prostu wykazywanie się chęcią komunikacji, inicjatywą, dobrą wolą płynącą na poziomie lokalnym ze strony wójtów i burmistrzów. Chodzi o to, aby oni chcieli wesprzeć ekologicznych rolników. Kluczowa też jest współpraca między samymi rolnikami ekologicznymi na danym obszarze.

Z drugiej strony też chodzi o to, aby ułatwić rolnikom sprzedaż bezpośrednią, pomyśleć w tym zakresie o przepisach podatkowych, a nie tylko opracowaniu warunków sanitarnych.  Oczywiście, bardzo trudno jest to wyważyć, bo jednak to obrót żywnością i czają się tu różne niebezpieczeństwa. Ale i rolnicy, i doradcy mówią, że warunki sanitarne u nas są tak wyśrubowane, jak nigdzie. Przecież jeżeli gospodarstwo, które sprzedaje 500 słoików dżemu rocznie ma spełniać takie same warunki, jak fabryczka, która wypuszcza 500 słoików dżemu dziennie to coś tu jest nie tak. Dla małej produkcji to są dziś problemy nie do przejścia. Sami zainteresowani podkreślają, że „wszędzie naokoło nas” rolnik ma więcej niezależności, bardziej mu się ufa i więcej może zrobić we własnym zakresie niż w Polsce.

Potrzeba tu właśnie dobrej woli, a wydaje się, że nie ma w tej chwili woli politycznej, aby postawić na rolnictwo ekologiczne. U nas mówi się, że polskie rolnictwo jest rolnictwem wysokiej jakości, ale świat już wie, że to rolnictwo ekologiczne jest przyszłością i że trzeba zdecydowanie na nie postawić, a to oznacza, że za tym muszą iść odpowiednie przepisy, pieniądze i działania. Nie można poprzestawać na sloganach „Polska żywność jest dobra”.

Funkcjonują jeszcze mity, że jak gospodarstwo jest małe to znaczy, że ekologiczne, nieważne czy ma certyfikat czy nie. To mit, w który ludzie chcą wierzyć. Mówi się „moja ciocia ma trzy hektary to tam na pewno wszystko jest ekologiczne”. To nieprawda, statystyki pokazują, że wcale tak nie jest. „Małe” nie znaczy „ekologiczne”.

– Pomija się choćby badanie gleby, co przy certyfikacji jest podstawą.

– Właśnie! Kiedyś robiłam wywiad ze specjalistą z organizacji zrzeszającej pszczelarzy, który twierdził, że największym problemem rolnictwa jest wtórny analfabetyzm. Okazuje się, że rolnicy nie czytają opisów i instrukcji na opakowaniach nawozów i jeśli kiedyś sypali cztery łyżeczki nawozu na określoną ilość wody, to dalej sypią cztery. A teraz nawozy są bardziej efektywne i na opakowaniu jest zawsze napisane, jak dozować. To było dla mnie bardzo ciekawe, bo pośród tych wszystkich problemów pojawia się coś tak trywialnego! Mówił mi to wysokiej klasy specjalista od pszczół, owadów tak wrażliwych na skażenie.

– I nadal sądzi Pani, że impuls ku polepszeniu sytuacji rolnictwa ekologicznego powinien wyjść od ministerstwa?

– Tylko trzeba pamiętać, że tu chodzi nie tylko o Ministerstwo Rolnictwa. Bardzo dużo ma do powiedzenia w tym zakresie Ministerstwo Zdrowia, Edukacji oraz Finansów. Te dwa ostatnie  powinny stworzyć jasne wytyczne.

W czasie prowadzenia naszych badań udało nam się dotrzeć do jednego przedszkola publicznego, które realizuje „zielone zamówienia”. Gdyby program działał szerzej to mógłby być silny impuls dla rolnictwa ekologicznego w okolicy. Instytucje publiczne, zajmujące się także żywieniem zbiorowym, takie jak szpitale, szkoły, domy opieki byłyby zobligowane do „zielonych zamówień”, w ramach których przynajmniej część zamówień jest realizowana po pierwsze – lokalnie i po drugie – ekologicznie. Powstała koncepcja „zielonych zamówień publicznych” i miała być realizowana, bodajże w Słupsku, ale pojawiły się jakieś trudności ze względu na skomplikowane i niejasne zapisy prawne. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale efekt jest taki, że do tego nie doszło.

Rozmawialiśmy też z urzędem miasta w zachodniopomorskim, w tym miejscu, gdzie działa to jedno przedszkole, w którym udaje się zamawiać 75% ekologicznych artykułów spożywczych. Urzędnicy mają tam coraz większe obawy, bo Regionalna Izba Obrachunkowa cały czas „grozi im palcem”. Zresztą zachodniopomorskie właśnie ma akurat największy procent gospodarstw ekologicznych w kraju.

Rozmawiałam też z dyrektorką wymienionego wcześniej przedszkola, która przez dwie godziny wyliczała, jakie warunki musiała spełnić, by osiągnąć taki fantastyczny wynik. Ona tak naprawdę się zaparła i nadal jest w stanie bronić „zielonych zamówień” z przekonaniem, bo głęboko wierzy w ich ideę. Ale, gdy rozmawiałam z dyrektorką przedszkola moich młodszych dzieci to usłyszałam, że nie można brać tego pod uwagę, bo głównym kryterium przetargowym jest cena. To jest bardzo mądra osoba, tylko podlega takim przepisom.

W przypadku „zielonych zamówień” świetnym wzorem dla nas mogą być Włochy. Wiem, że w Rzymie, jest ogromny procent szkół korzysta z dostaw realizowanych przez lokalne, ekologiczne gospodarstwa. Powoli też zaczyna docierać do coraz większej grupy ludzi fakt, że jeżeli zapłaci się mniej za jedzenie to trzeba później więcej wydać na lekarza. Banał, ale prawdziwy.

– Mam wrażenie, że jeszcze świadomość tego nie jest szeroka…

– Dlatego uważam, że Minister Edukacji mógłby więcej zrobić dla wzrostu tej świadomości. Są badania, wprawdzie sprzed siedmiu lat, ale późniejszych nie było, z których wynika, że w kategorii: „rozpoznawalność znaku rolnictwa ekologicznego”, który jest poświadczeniem certyfikacji, jesteśmy na drugim od końca miejscu w UE. Jesteśmy przedostatni, więc od razu widać, jaka jest praca do wykonania. Ale można to zmienić niewielkim wysiłkiem. Na przykład na Podkarpaciu był realizowany fantastyczny program edukacji wczesnoszkolnej dotyczącej szerzenia idei rolnictwa ekologicznego. Gdy byłam tam ostatni raz dowiedziałam się, że wojewoda wstrzymał finansowanie dla tego programu, choć on głównie polegał na tym, że dzieci jeździły do gospodarstw ekologicznych i próbowały produktów, więc te koszty nie mogły być gigantyczne. Tych gospodarstw w okolicy jest zresztą sporo, więc dzieci nie musiały przemierzać pół Polski.

Stwierdzam jednak, jak to już zrobiłam na początku, że pomimo różnych przeszkód rośnie świadomość wśród konsumentów.

– Właśnie! Mam takie podejrzenie, że konsumenci żywności ekologicznej, tak jak i rolnicy sami szukają wiedzy i stąd pomału, ale świadomość rośnie.

–  Bardzo możliwe. To jest zamknięte koło. Gdy byłam w Finlandii, gdzie jest ogólnie drogo i widziałam produkty eko, nie chciałam nawet podchodzić do tej półki. Jednak okazało się, że różnica w cenie jest dużo mniejsza niż między tego typu produktami w Polsce.

– Tak samo w Niemczech i w Danii.

– Tak! Wiele produktów eko w Niemczech jest w ogóle tańszych niż w Polsce. Bardzo mnie to boli. Zwłaszcza, że często te produkty powstają z polskiego surowca.

– Mówimy o tym, że wiele zależy od ministerstw i sporo od samorządów. A czy my, konsumenci, mamy wpływ na jedno lub drugie ciało?

– Tak jak mówiłam, dla mnie to przede wszystkim miękkie wartości i często indywidualne postaci. Oba te aspekty odgrywają tu dużą rolę. Był taki wójt w jednej podrzeszowskiej gminie, który bardzo chciał pomóc temu sektorowi i robił co mógł, a czasem były to działania bardzo proste, polegające na przykład na tym, że udostępniał nieodpłatnie sale na spotkania rolników eko.

Gdzieś w zachodniopomorskim udostępniono nieodpłatnie biuro na stałe zorganizowanej grupie rolników. Wymaga to po prostu dobrej woli, ale z drugiej strony jednak zmiany przepisów.

To jest możliwe po przyznaniu, że rolnictwo ekologiczne nie jest tymczasową fanaberią „warszawki” tylko realną potrzebą. A mam wrażenie, że ciągle funkcjonuje takie postrzeganie. Sama muszę przyznać, że tak to na początku interpretowałam, ale po rozmowach z rolnikami z różnych stron Polski, zmieniłam zdanie. I sama wiem, jak liczy się dla mnie zdrowie moich dzieci i moje własne, a ekologiczne jedzenie to zdrowie. Po prostu wiem już, że to ma sens. Nie wspominając o pozytywnym wpływie na środowisko, a to jest teraz bardzo ważna sprawa.

– A jak pani sądzi, czy my, jako konsumenci jesteśmy w stanie wywierać wpływ?

– Jesteśmy, choć od razu powiem, że gdy rozmawiałam z rodzicami dzieci w klasie mojej córki i zapytałam, czy byliby w stanie dopłacić parę złotych więcej, aby dzieci miały w części jedzenie eko? Wcale nie było hurraoptymizmu. Zaczęli się wahać.

W tej chwili świadomość rośnie w poszczególnych środowiskach, ale i pieniądze są ważnym aspektem. Jednak wiem też, że przy dobrze skonstruowanych przepisach nie musiałoby być dużo drożej.

Też „nie od razu Kraków zbudowano”, nie musi przecież być tak, by przejść od razu w stu procentach z żywności konwencjonalnej na ekologiczną. Można to przecież robić etapami np. na początek przechodzimy na jajka „zerówki”. Tylko tyle na początek.

– Czy przy opracowaniu takiego systemu etapowego przejścia ku żywności eko widzi Pani miejsce do działania dla jakiejś organizacji pozarządowej?

–  Polska Ekologia robi sporo dobrego i lobbuje. Imponujące jest to, co robi BioFood Roztocze, chociaż to jest grupa producencka. Nie wiem zresztą, czy to nie jest jedyna funkcjonująca grupa producencka. Było ich więcej, ale zniknęły. Ta działa sprawnie i też lobbuje.

– I zawiązała się Polska Izba Żywności Ekologicznej, której członkiem jest BioBazar.

– Jeszcze zachodniopomorski Ekoland robi na mnie wrażenie swoją konsekwencją, dążeniem do różnych zmian i wiele im się udaje.

– Co jest pani marzeniem w badaniach na najbliższe lata?

– Jako matka, mam przede wszystkim takie marzenie, aby lepiej działała edukacja na poziomie żywności ekologicznej, łącznie z zajęciami praktycznymi. Przychodzi mi tu na myśl „Szkoła na widelcu”, choć ona działa nie tylko w zakresie ekologicznej żywności. Chodzi mi o wprowadzenie modeli działania w zakresie półpraktycznej wiedzy.

– Mnie na przykład boli żywienie w szpitalach. Wydaje mi się, że to jest po prostu skandal.

– To jest skandal. Przecież wiadomo, że złe jedzenie szkodzi, a dobre jedzenie wspomaga leczenie. Właśnie o to chodzi, by wypracować pewne modele i też zobaczyć, jak to działa w innych krajach. Często mówi się tu znowu o pieniądzach. Ale mnie się wciąż wydaje, że zależy jak my będziemy tymi pieniędzmi gospodarować. W połączeniu ze stworzeniem bardziej przyjaznych przepisów możemy działać ku lepszemu.

– Nie otrzymaliście Państwo środków od ministerstwa na badania, które zaplanowaliście, czy to znaczy, że nie ma innej szansy na zdobycie ich?

– Nie wiem, może jeszcze pojawią się jakieś możliwości, bo nie wyobrażam sobie, byśmy mieli zamykać oczy na problemy ze zdrowiem, z odżywianiem, ze środowiskiem, które stały się realne. Mamy przecież ogromny problem z wodą, o którym w ogóle się nie mówi.

Konwencjonalne rolnictwo jest wielkim zagrożeniem dla środowiska, w tym dla wody, której zużywa ogromne ilości, ale też zanieczyszcza wody gruntowe. To są elementy połączone, tak samo, jak ministerstwa, które muszą się tym zająć. Tak, jak mówiłam, nadszedł czas na wspólne działania, a nie typu „każdy sobie rzepkę skrobie”…

Na dzisiaj nie mamy finansowania na kolejne badanie, ale to jest sytuacja na dzisiaj. Może się zmienić, na co liczę. (red: do 14 sierpnia nic się w tej sprawie nie zmieniło)

 – Dziękuję za rozmowę!

 

+ Brak komentarzy

Dodaj swój